Transformacja-Rewitalizacja-Disneyland. Underperforming Architecture.

Krzysztof Janas, Adrian Krężlik, Łukasz Pałczyński jako Terytoria

Jeszcze raz o rewitalizacji, albo lepiej trzy razy
może wreszcie się nauczymy

– Ja chcę, żeby moja Łódź rosła, żeby miała pałace wspaniałe, ogrody piękne, żeby był wielki ruch, wielki handel i wielki pieniądz.
– Na początek już są wielkie szwindle i wielka tandeta.

W. Reymont, Ziemia Obiecana

Drogi odwiedzający, jeśli jesteś z Łodzi, słyszałeś pewnie początek tego cytatu wielokrotnie. Ale czy pamiętasz odpowiedź Trawińskiego? Przypuszczamy, że nie, unika się jej jak ognia. A może wielki szwindel obok wielkiej energii to dwa przymioty Łodzi?


O czym myślisz, gdy słyszysz hasło „rewitalizacja”? Co masz przed oczami? Generalny remont, modernizację oraz renowację zaniedbanej i niszczejącej architektury? Widzisz poprzemysłowe tereny stające się centrami handlowymi i osiedlami loftów? Śródmiejskie kamienice z nowymi fasadami, odnowionym ornamentem i conciergem w podwórku?

Każde z tych wyobrażeń byłoby obecnie jak najbardziej właściwe. Pojęcie rewitalizacji ewoluowało w ostatnich latach tak bardzo, że zastosowane dziś w debacie publicznej może dotyczyć tak naprawdę wielu odmiennych zjawisk i procesów dotyczących jakiejkolwiek poprawy jakości tkanki fizycznej. Ze słowa kluczowego, które w drugim dziesięcioleciu transformacji ustrojowej organizowało dyskurs dotyczący odnowy i rozwoju miast, wkrótce stało się pustym znaczącym (empty-signifier). I rozpłynęło się w zalewie przykładów, przymiotników i haseł wytrychów. Myśląc dziś o rewitalizacji być może coś nam się wydaje, projektujemy na nią swoje własne znaczenia, jest jednak coraz bardziej mglista, coraz mniej zrozumiała w powszechnym użyciu. Zajrzyjmy więc do oficjalnej definicji, która wydaje się tu dość klarowna.

Zgodnie z Ustawą o rewitalizacji z dnia 9 października 2015 r., rozdz. 1, art. 2.1: „Rewitalizacja stanowi proces wyprowadzania ze stanu kryzysowego obszarów zdegradowanych, prowadzony w sposób kompleksowy, poprzez zintegrowane działania na rzecz lokalnej społeczności, przestrzeni i gospodarki, skoncentrowane terytorialnie, prowadzone przez interesariuszy rewitalizacji na podstawie gminnego programu rewitalizacji”

Spróbujmy przełożyć teraz język urzędowy na codzienność. Przypomnij sobie jedną z łódzkich fabryk, która po 1989 roku straciła swoją funkcję.  Anilana, Uniontex, WiMa, Polmo i wiele, wiele innych. Zostały opuszczone i stopniowo zaczęły niszczeć. Ich pozostałości należą do kulturowego dziedzictwa Łodzi, stanowią o tożsamości miasta, są świadkiem i symbolem jej dziejów. To zbiorowa pamiątka wielkoprzemysłowej Łodzi. Ale część z nich jedynie straszy, zdegradowana architektura pozostaje w stanie kryzysowym, czeka na kolejny zwrot w swojej historii. Potrzebuje rewitalizacji, w architekturę należy tchnąć nowe (re-) życie (vita).

Profesor Jan Tajchman z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu pisze, że

Rewitalizacja zabytkowych budowli poprzemysłowych polega na nadaniu im nowych funkcji i włączeniu ich w obieg współczesnej kultury przy maksymalnym poszanowaniu kompozycji i formy architektonicznej oraz struktury budowlanej

Kluczowe w tej definicji są spójniki – “i” czy “oraz” a nie “lub” czy “bądź”. Sam remont, restauracja, renowacja czy adaptacja do nowych warunków to pojęcia jedynie podrzędne wobec systemowego przywracania życia budynkom czy całym obszarom, mogą być jedynie jej częścią, elementem obejmującym pewien zakres performatywności obiektów i miejsc. Rewitalizacja więc powinna być rozumiana jako zespół zaplanowanych i interdyscyplinarnych działań z zakresu planowania przestrzennego, urbanistycznego, krajobrazowego, ekonomii polityki społecznej. To nie tylko remont. To nie tylko odnowa czy rekonstrukcja. To nie tylko adaptacja do nowych warunków i nadanie nowej funkcji. Rewitalizacja to wcielanie w życie wyobrażeń o miastach, jakich chcemy przy możliwie jak najlepszym zachowaniu pamięci o miastach, jakie przemijają. O czym teraz myślisz, gdy słyszysz hasło „rewitalizacja”?

Niedoperformatywność architektury

Potransformacyjny stan kryzysowy, w jakim przez wiele lat znajdowała się Łódź nadal manifestuje się w jej przestrzeni, w przypominającej o dawnej świetności a dziś zdegradowanej architekturze poprzemysłowej. Rozejrzyj się jednak dookoła. Czy o mieście wymagającym rewitalizacji możemy powiedzieć, że jest martwe? Czy pozostałe tu i ówdzie ruiny fabryk stanowią jedynie funkcję scenografii, są dla Łodzi tym, czym bibeloty pozostawione przez zmarłych na półkach?

Miasta rzadko kiedy umierają zupełnie. Ich schyłek jest zazwyczaj pierwszym z etapów odnowy, śmierć – impulsem do rewitalizacji. Podobnie z architekturą – ze względu na swą namacalną materialność, niszczejące budynki stają się zauważalne, problematyczne, zawierają w sobie potencjał zmiany. Obiekty wczoraj będące jedynie tłem wydarzeń, jutro mogą nawiązać nowe relacje, a poprzez swoje transformacje dokonać przekształceń w zastanej sytuacji. Podobnie jak słowa, które w pewnych kontekstach stają się performatywami, wyrażeniami, działającymi poprzez moc i okoliczności ich wypowiadania, tak też architektura ma moc oddziaływania, tworzenia nowego i zmieniania rzeczywistości.

Budynki podlegają przy tym ciągłym przekształceniom i cykliczności, w której zmienia się ich performatywność – sposób działania, rola jaką odgrywają, funkcja jaką pełnią, emocje i znaczenia jakie wywołują. Odpowiada ona jednocześnie na przekształcenia w szerszym wymiarze – budynki niejako dostosowują się do procesów społecznych, starają się za nimi nadążać, ale także próbują je kształtować, działają z nimi w ciągłej negocjacji. Po transformacji ustrojowej, wiele łódzkich obiektów było jednak zupełnie nieprzystosowanych do rynkowych warunków – zarówno w obszarze ich organizacji przestrzennej, materiałowej, jak i zakresie możliwości nawiązywania nowych relacji z nowymi aktorami. Były zbyt mało istotne, zbyt mało performatywne, by znaleźć się w agendzie tzw. Brygady Marriota piszącej scenariusze przejścia z realnego socjalizmu do globalnego kapitalizmu. W efekcie, stanęły nad przepaścią, zarówno w sferze materialnej, jak i społeczno-ekonomicznej.

Spróbuj spojrzeć na architekturę postindustrialną w Łodzi z szerszej perspektywy. Dziś w znacznym stopniu jest zdegradowana, znajduje się w punkcie niedoperformatywności (underperformance), w którym forma nie odpowiada funkcji, funkcja nie odpowiada zmieniającym się czasom i standardom, konstrukcja nie wytrzymuje pod naporem natury, a same budynki tracą zainteresowanie właścicieli i użytkowników. To wszystko fakt. Czy na tym jednak kończy się historia fabryk? Czy nie da się opowiedzieć jej na nowo, dopisując kolejne rozdziały?

Na tym polega sens rewitalizacji w cyklu życia architekutry. Na uruchamianiu nowej dynamiki w sieci relacji, w jakiej budynki funkcjonują we współdziałających ze sobą wymiarach: lokalnej społeczności, lokalnego środowiska fizycznego, przestrzennym i materiałowym. Żaden z nich nie funkcjonuje w próżni, lecz wszystkie wpływają wzajemnie na siebie. Pominięcie jakiegokolwiek z nich w działaniach rewitalizacyjnych często prowadzi jedynie do jej wypaczenia. Odmalowanie ścian i wymiana okien nie wystarczą. Rewitalizacja fasad bez rewitalizacji wnętrz i podwórek staje się rewitalizacją bez mieszkańców i użytkowników, rewitalizacją materii, która nie prowadzi do ożywienia obiektów, nadal pozostają niedoperformatywne. Funkcja fabryki w obecnej rzeczywistości również jest nie do odzyskania w takim stopniu, jak wcześniej. Czy nie da się odnaleźć jakiejś trzeciej drogi? Da się,  często odnajduje się ona z resztą sama, ale wiąże się już z ryzykiem utraty dziedzictwa kulturowego.

Studium przypadku – fabryka Wilhelma Lürkensa

Choć ze zjawiskiem underperformance mogą (i najpewniej będą) zmagać się wszystkie typy budynków – domy, hotele, szkoły, biurowce czy szpitale, to najbardziej znaczące wydają się być zmiany tych obiektów, które posiadają wysoką wartość z punktu widzenia dziedzictwa kulturowego. W łódzkim kontekście z pewnością zaliczyć można do nich pozostały jeszcze zasób architektury poprzemysłowej stanowiący o tożsamości miasta.

Jednym z takich obiektów – choć pewnie mniej oczywistym wobec kompleksu budynków dzisiejszej Manufaktury czy dawnej fabryki Scheiblera – jest fabryka Wilhelma Lürkensa. Zespół dawnych budynków fabrycznych mieści się w ścisłym centrum Łodzi na działce między aleją Kościuszki a ulicą Wólczańską. W dokumentach Wydziału Budowlanego Generalnej Gubernii z 1890 roku znajdziemy raport zatwierdzający projekt architekta Ignacego Markiewicza “murowanego z poddaszem, trzypiętrowego, podpiwniczonego budynku (w pierzei ulicy) magazynu wyrobów wełnianych na nieruchomości numer 766 przy ulicy Wólczańskiej”. Kolejno w 1892 roku zaakceptowano projekt stajni, wozowni, kurnika i magazynu na węgiel. W tym samym roku zatwierdzono również budowę oficynowej “murowanej, trzypiętrowej przędzalni wełny z poddaszem, kotłowni, maszynowni, komina fabrycznego i ustępów”. Dopiero w kolejnych latach wybudowano dwupiętrowy dom mieszkalny od ulicy Promenadnej (nazywaną też  Spacerową, dzisiejsza aleja Kościuszki). Co ciekawe wszystkie projekty przemysłowe powstawały we współpracy z Fryderykiem Miksem, inżynierem technologiem, który jak możemy podejrzewać, wspólnie z architektem projektował najbardziej performatywną w naszym rozumieniu przestrzeń produkcyjną.

Fabryka pierwszy z okresów swojej świetności przeżywała do momentu śmierci właściciela w 1920 roku, która okazała się być pierwszym z wielu “tąpnieć” w historii kompleksu budynków wpływających na jego performatywność. Przez pierwszych kilka lat po śmierci Lürkensa nadal prowadzono intensywne działania przemysłowe, inwestowano w nowe maszyny i materiały, a produkowane wyroby trafiały na rynek krajowy oraz do Rosji, Szwecji czy Łotwy. Koniec trzeciej dekady XX wieku był jednak początkiem serii plag, jakie spadły na fabrykę. Najpierw 13 grudnia na terenie fabryki wybuchł pożar, a dwa tygodnie później firma ogłosiła upadłość, została zmuszona do sprzedaży części maszyn i ostatecznie przeszła w ręce nowych właścicieli.

W kolejnych dziesięcioleciach losy fabryki Lürkensa cechowały wydarzenia typowe dla okresu międzywojennego i burzliwego kapitalizmu początków XX wieku w Polsce. W 1935 roku odbył się w niej strajk okupacyjny, a w latach 1935-37 na teren zakładów wchodzą komornicy. Podczas II wojny światowej fabryką kierował Hugo Flacker (zięć Lürkensa), produkowano w niej wówczas odzież i bieliznę na potrzeby wojska. W okresie Polski Ludowej fabryka Lürkensa trafiła w ręce państwa, kontynuowano w niej produkcję, jednak już w zupełnie innych okolicznościach politycznych, ekonomicznych i społecznych. Nie zawsze z resztą korzystnych o czym świadczy choćby udział pracownic i pracowników fabryki w strajku w 1971 roku. Trzy lata później fabryka została włączona w skład Zakładów Odzieżowych im. Próchnika. Budynki pełniły funkcje produkcyjne jeszcze przez kilkanaście lat.

Wraz z transformacją ustrojową, która z jednej strony wiązała się z włączeniem Polski w orbitę działania mechanizmów rynkowych, z drugiej z utratą łatwego dostępu do rosyjskiego rynku zbytu, produkcja ustała a fabryka zaczęła popadać w ruinę. Obiekt przeszedł w stan niedoperformatywności. Przez jakiś czas pełnił jeszcze funkcję magazynu, jednak wkrótce utracił jakąkolwiek zdolność działania – do nawiązywania nowych relacji, angażowania mieszkańców, władz miasta czy inwestorów. Dlatego możliwe, że nie zwrócił nawet Twojej uwagi podczas spaceru po okolicy.

W drugiej połowie pierwszej dekady XXI wieku wydawało się, że fabrykę czeka drugie życie. Hiszpańscy inwestorzy zamierzali zaadaptować ją na luksusowy czterogwiazdkowy hotel na 160 pokoi z winiarnią, basenem, restauracją i salami konferencyjnymi. Inwestycja miała wpisać się w szerszy trend związany z rosnącym zainteresowaniem obszarami poprzemysłowymi wśród mieszkańców, turystów i biznesu. Ruszył boom na przywracanie do użytku łódzkich fabryk i nadawanie im nowych funkcji, który – jak możesz się domyślić – dodatkowo nakręcany był przez sukces Manufaktury. Wkrótce więc rozpisano konkurs architektoniczny, rozpoczęto pierwsze prace, planowaną inwestycją chwaliły się władze miasta, szeroko pisano o niej w lokalnych mediach oraz na forach internetowych. Zapewniano także, że zachowany zostanie industrialny charakter kompleksu. Dominujące nad budynkami wieża klatki schodowej oraz charakterystyczny komin istotnie pozostały i nadal górują nad okolicznymi budynkami i opuszczoną fabryką, nie doszło jednak do samej inwestycji. Na drodze stanęły początkowo problemy z projektem, kolejno kryzys finansowy.

Fabryka Lürkensa, dziś już jako zabytek, zmaga się z radykalnym stanem underperformance, właściwie we wszystkich możliwych wymiarach – nie pełni żadnej istotnej funkcji, a jego stan techniczny z roku na rok jest coraz gorszy. Pomimo lokalizacji w samym centrum Łodzi nie stanowi także atrakcyjnej oferty dla kolejnych potencjalnych inwestorów. Kompleks obiektów pofabrycznych – choć posiada określone walory dziedzictwa kulturowego – to dziś architektura, która zdaje się być niemożliwa do wykorzystania. To architektura pusta, architektura w samotności.

Obiekt uwzględniony jest w Gminnym Programie Rewitalizacji Miasta.

sdr

Cegła na cegle

Co widzisz gdy patrzysz na fabrykę – zarówno tę niszczejącą, jak i odnowioną? Co jako pierwsze rzuca Ci się w oczy? Otóż to – wszędzie cegły! To nie tylko element elewacji lub podstawowy budulec. Cegły są tu nie mniej ważnym aktorem niż budynki jako całość – ich funkcja i zastosowanie zmieniają się w czasie, mogą zwiększać wartość kulturową czy ekonomiczną obiektów, ale także ograniczać zdolności rewitalizacyjne i zwiastować ich rychłe wyburzenie. O losach architektury poprzemysłowej w Łodzi możemy więc opowiedzieć również rzucając nieco światła na losy materiałów, z jakich została wykonana.

W drugiej połowie XIX wieku Łódź była najbardziej dynamicznie rozwijającym się miastem w Królestwie Polskim – liczba jej mieszkańców zwiększyła się wówczas dwudziestokrotnie. Nowi mieszkańcy pracowali w nowych fabrykach, mieszkali w nowych domach, chodzili do nowych szkół i leczyli się w nowych szpitalach. Infrastrukturalny rozwój miasta musiał więc nadążać za dynamicznym wzrostem ludności. W efekcie, budowano w wielkim pośpiechu, niedokładnie, często używając słabych materiałów. Na domiar złego, w pracach nad nowymi budynkami brali udział niedoświadczeni pracownicy, imigranci z okolic, realizujący w Łodzi swój kapitalistyczny sen.

Wyniki badań wskazują w dodatku, że XIX-wieczne cegły z terenów Łodzi cechują się niską klasą wytrzymałości – 5MPa (dziś do budowy domów najczęściej używa się cegłę klasy 25 MPa), niskiej jakości były też wapienne zaprawy używane do łączenia cegieł. Wszystko to powoduje, że po ponad stu latach część obiektów nie dość, że nie pełni dotychczasowej funkcji i niszczeje w zapomnieniu, to dodatkowo jest w słabym stanie technicznym, często niemożliwym do utrzymania. Materiał, z którego zostały wykonane nie znajduje też już dotychczasowego zastosowania w nowych konstrukcjach. XIX-wieczna cegła jako budulec coraz mniej przystaje do rzeczywistości, jej pierwotna funkcja popada w stan niedoperformatyności i wkrótce staje się tylko gruzem pozostałym po wyburzeniach.

Cykl życia cegły nie kończy się jednak w tym miejscu, podobnie jak cykl życia opuszczonych fabryk czy Łodzi jako miasta przemysłowego w dobie kapitalizmu opartego na usługach. Przynajmniej od początku lat dwutysięcznych zauważalny jest trend adaptacji architektury przemysłowej na nowe funkcje posiłkujący się elementami ceglanymi utrzymującymi industrialny klimat. Ruiny i pozostałości fabryk zaczeły być przekształcane w lofty (jednym z pierwszych był Bolko Loft w dawnej Lampiarni Zakładów Orzeł w Bytomiu zaprojektowany przez pracownię Medusa Group), dawne hale i magazyny w galerie handlowe i przestrzenie dla klasy kreatywnej. Same cegły częściej stosowane są dziś jednak jako element dekoracji i wykończenia wnętrz – zobaczysz je w mieszkaniach, restauracjach czy w księgarniach lub biurach. Stanowi też nieodzowny składnik w procesach rewitalizacyjnych i adaptacyjnych. Inwestorzy posługują się ceglanymi elewacjami w ramach swojej strategii marketingowej. To już jednak często nie ta sama cegła –  stare zastępuje nowe, nowe zastępuje imitacja, cegłę – płytka ceglana lub tapeta naśladująca cegłę.

Pomyślisz – wielki szwindel i wielka tandeta? Istotnie, przykłady rewitalizacji, które z “kompleksowym wyprowadzaniem obszarów zdegradowanych ze stanu kryzysowego” nie miały nic wspólnego można by mnożyć. Znasz pewnie obiekty, które wykorzystując elementy ceglane jedynie udają industrialny styl, nawiązują do czasów minionych wyłącznie w celu kreowania spektaklu miejskiego przeznaczonego dla masowego odbiorcy. Zjawisko to fachowo nazywane jest tematyzacją, czy bardziej dosadnie – disneylandyzacją przestrzeni, które obecnie coraz częściej krytykowane jest przez badaczy i ekspertów w dziedzinie rozwoju miast.

Z punktu widzenia cyklu życia budynków warto być jednak ostrożnym w jednoznacznej ocenie takich procesów. Już sam fakt, że pofabryczne budynki znajdują się w sferze zainteresowań inwestorów, że chcą oni wykorzystywać lub imitować ich ceglane elementy, świadczy o tym, że architektura poprzemysłowa znów znajduje się na performatywnej krzywej wznoszącej. Dla budynków jako takich fasadowa rewitalizacja czy disneylandyzacja zawsze są lepsze niż pogrzeb architektury – całkowite wyburzenie i zapomnienie. Są szansą (nawet jeśli mglistą) na nowe życie, na opowiedzenie ich losów od nowa i włączenie ich w proces konstruowania społecznej tożsamości. Kwestią otwartą pozostaje czy takich miast chcemy? Czy o takie dziedzictwo kulturowe powinniśmy zabiegać? Czy powinniśmy stawiać na budynki, które udają ale tętnią życiem czy też na autentyczne ale niszczejące w zapomnieniu? Wydaje się, że od początku transformacji nie znaleźliśmy na te pytania trafnych i przekonujących odpowiedzi.

Powered by WordPress.com.